Dziwne rzeczy, które pamiętam ze szkoły

W liceum miałam rozszerzony niemiecki. Trzy lata po kilka lekcji w tygodniu. Teraz, po… 5, 6… 7 (!) latach od matury, myślę, że nadal potrafiłabym się dogadać po niemiecku. Zakładając, że pracuję w restauracji, a w menu jest jedynie kaszanka (blutwurst) i ogórek (die Gurke). Schmeckt es Ihnen?

Kilkanaście lat życia upłynęło mi na nauce. To całkiem sporo. Poza rzeczami, które były naprawdę pożyteczne i nigdy ich nie zapomnę (jak czytanie, pisanie, kawałek tabliczki mnożenia), zostały mi w głowie wyrwane z kontekstu fragmenty materiału, głównie tego, który kilkukrotnie wałkowałam do poprawek i trochę zabawnych sytuacji.

Z zamierzchłej podstawówki pamiętam niepokojący sen o genitaliach mojej wychowawczyni (coś jak olbrzymia kiełbasa dla psa, sięgająca do połowy łydki – pewnie dlatego nosiła zawsze długie spódnice) i stare kroniki klas z lat 80. Dzieci narysowały swoje wyobrażenia o początku nowego tysiąclecia. Wiadomo, latające samochody, roboty z antenami na głowie i obcisłe, błyszczące kombinezony. Pamiętam, jak nasza pani bulwersowała się zapisem dat. No bo jak to będziemy pisać? 23.01.99, a potem 23.01.00? 00?!
chan.jpg

Gimbaza to był chyba najbardziej twórczy i rozwojowy czas – można było się dziwnie ubierać, farbować i obcinać włosy, po raz pierwszy próbować różnych rzeczy i nikt niczego się nie czepiał, byle przynosić buty na zmianę. Bo to taki okres, bo dojrzewanie, bo bunt, bo to w końcu gimnazjaliści – czego od nich można wymagać? Zła renoma gimnazjum bardzo nam służyła.

Z rzeczy stricte szkolnych – pani od polskiego zabrała nas na lody po egzaminach końcowych, bo o dziwo, poszło nam zaskakująco dobrze. Czasem dobrze jest nie mieć oczekiwań. Pamiętam też panią od od matmy i mój największy sukces: ‚Masz 4, ale nie mów nikomu, że cię uczyłam’. Piękne czasy.

W liceum już nie było tak kolorowo. Od pierwszego dnia wszyscy straszyli maturą. I trzeba było nosić mundurki. Wtedy też zaczęłam kwestionować swoją ścieżkę rozwoju w kierunku „humanistycznym”. Nie, nie polubiłam nagle matmy i fizy. Wręcz przeciwnie – znienawidziłam polski.

no

W liceum można było po raz pierwszy poczuć się dorosłym. Nauczyciele mówili do nas per pan, pani. Nowi znajomi mieli inne doświadczenia życiowe, może nawet jakieś zainteresowania. W drugiej czy trzeciej klasie zaczynały się rozmowy o wyborze kierunku studiów. Miasta, w którym będzie się mieszkać. A potem zaczął się sezon osiemnastek. I matur. I najdłuższe wakacje w życiu.

A po wakacjach – studia. Humanistyczne, of kors. Jak 90% mojej klasy. Humanistycznej. Nie zdawaliśmy matury z matmy, chyba jako jedyny rocznik pomiędzy eksperymentami nowych ministrów. Uf. Teraz trochę szkoda. Przydałyby mi się całki. I wzory skróconego mnożenia. I kalkulator.

Ze studiów wiem, że serce człowieka zaczyna bić około 22 dnia od zapłodnienia. I że William James wielkim filozofem był. I mniej więcej za co odpowiada hipokamp. I jak się wymawia Strelau. Strelau.

Ostatnio zaczęłam kolejne studia. Są kompletnie różne od moich dotychczasowych szkolnych doświadczeń. Tutaj robię PRAKTYCZNE rzeczy. Muszę sprawić, żeby coś zadziałało. Czasem zrobić coś od podstaw. Czasem coś policzyć. Lekki hardkor, ale spodziewałam się, że tak będzie. Poza tym, że niektórzy mylą mnie z panią z dziekanatu, nie jest najgorzej. Jak będzie po sesji?

Ich keine ahnung.

Reklamy

2 thoughts on “Dziwne rzeczy, które pamiętam ze szkoły”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s